Jacek Gallant oficjalna strona

Becik, dzieci - i co dalej?

Odpowiedź na pytanie, skąd się biorą dzieci, wbrew pozorom wcale nie jest prosta. Jedno jest pewne - nie wezmą się z becikowego.

Żyjemy coraz dłużej, a mamy coraz mniej dzieci, które mogłyby pracować na nasze emerytury i płacić za rosnące koszty naszych chorób. To problem, któremu od lat próbują stawić czoło europejskie rządy. Jak jednak skłonić obywateli do posiadania większej liczby potomstwa? By znaleźć sposób, trzeba najpierw wiedzieć, dlaczego ludzie nie chcą mieć dzieci.

Wszystkie oczywiste odpowiedzi - rozpowszechnienie kultury antykoncepcji, rosnący udział kobiet w rynku pracy czy wreszcie narastający indywidualizm w społeczeństwach zachodnich - są w pewnym stopniu prawdziwe. Wciąż jednak brakuje badań, które wykazałyby jednoznaczny związek pomiędzy skutkiem a przyczynami. Nicholas Eberstadt, demograf z Uniwersytetu Harvarda, pisze wręcz: “Uczciwa i całkowicie niezadowalająca odpowiedź jest taka, że nikt tego naprawdę nie wie, a przynajmniej nie z wystarczającą dozą pewności i precyzji”.

Można tylko ze sporą pewnością stwierdzić, że wprowadzone przez polski Sejm becikowe tak naprawdę nie ma wielkiego znaczenia. To dopiero skromny początek polityki prorodzinnej.

Z wciąż cząstkowych badań socjologicznych i demograficznych wynika bowiem, że jeśli jakieś działania państwa mogą pozytywnie wpłynąć na przyrost naturalny, to po pierwsze - muszą być różnorodne, po drugie - rozciągnięte w czasie na dziesięciolecia, a po trzecie - trzeba naprawdę szczodrze sypnąć pieniędzmi.

 

Tradycyjna rodzina to nie wszystko

 

Europejska praktyka pokazuje, że obrona tradycyjnego modelu rodziny bez uwzględnienia zmieniających się realiów społecznych nie przynosi rezultatów. Dobrym przykładem są Niemcy, gdzie choć pomoc socjalna dla rodzin jest hojna, to kieruje się ją przede wszystkim do małżeństw - mimo że poza nimi rodzi się niemal co czwarte dziecko. W dodatku wciąż preferowane są rodziny, w których tylko jedno z rodziców pracuje - mają większe ulgi podatkowe.

Matce nie jest zaś łatwo pogodzić karierę z opieką nad dzieckiem. Żłobki i przedszkola w RFN kończą pracę o godz. 12-13, co akurat wystarcza niepracującym matkom na zrobienie zakupów, ale nie rozwiązuje problemu tych pracujących. Władze planują przedłużenie czasu otwarcia placówek, ale z powodu braku funduszy zmiany idą opornie. Niemki wciąż więc muszą wybierać między karierą a dziećmi. A współczynnik dzietności (czyli liczba dzieci przypadających na jedną kobietę) w Niemczech jest jednym z niższych w Europie i wynosi 1,34. Tymczasem aby następne pokolenia były równie liczne jak obecne, powinien wynosić co najmniej 2,05. Według ostatnich danych w 2005 roku w Niemczech urodziło się najmniej dzieci od 1946 roku.

Jeszcze bardziej drastyczny jest przykład Włoch. W tym katolickim kraju wciąż niewielka jest liczba wolnych związków i rozwodów - te ostatnie dodatkowo utrudnia obowiązkowa dwuletnia separacja. W 2004 r. zaledwie 14,9 proc. dzieci urodziło się poza małżeństwem. A jednak Włosi borykają się z dramatycznym spadkiem przyrostu naturalnego - współczynnik dzietności w 2004 r. był szacowany na 1,33 - i tylko imigrantom zawdzięczają to, że liczba ludności wciąż rośnie.

Czy więc rozwiązaniem jest równouprawnienie i popieranie nowych modeli rodziny, jak konkubinat czy związek partnerski? I tu odpowiedź wcale nie jest jednoznaczna.

Szwecja postawiła na zrównanie praw i obowiązków mężczyzn i kobiet (obowiązkowy urlop dla ojców, doskonała sieć żłobków i przedszkoli). Jednak szwedzkie sukcesy oparte są na kruchych podstawach. Na początku lat 90. udało się odrobić spadek z lat 60. i 70. i współczynnik dzietności wzrósł do 2,14. Później jednak nastąpił gwałtowny spadek - aż do 1,52 w 1999 r. W ostatnich latach znów mieliśmy do czynienia z tendencją wzrostową (do 1,75), ale w 2005 r. nastąpił dość ostry spadek liczby narodzin - o 7,4 proc. Badacze wiążą te wahania z kryzysami ekonomicznymi - gdy grozi utrata pracy, gdy trzeba zacząć ograniczać wydatki, w budżetach rodzinnych eliminuje się lub odsuwa na dalszą przyszłość jedną z najkosztowniejszych inwestycji - dzieci.

Okazuje się więc, że samo równouprawnienie nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Jednak z drugiej strony jeśli - jak w Niemczech - państwo nie bierze pod uwagę aspiracji zawodowych kobiet, dzieci rodzi się jeszcze mniej.

Przykład szwedzki pokazuje również, że sytuacja gospodarcza w przypadku demografii jest bardzo ważna, może nawet decydująca. Jest tak też we Włoszech, gdzie z powodu wysokiego bezrobocia wśród ludzi młodych i rosnących cen mieszkań ponad połowa mężczyzn i kobiet w wieku 25-29 lat nadal mieszka z rodzicami. Kiedy się pobierają - po trzydziestce - nie mają już wiele czasu na powiększenie rodziny. A i na pomoc państwa nie za bardzo mogą liczyć - Włochy należą do tych krajów Unii, które przeznaczają najmniej pieniędzy na politykę prorodzinną, zaledwie 1 proc. PKB w 2003 r.

 

Dlaczego Francuzi chcą mieć dzieci?

 

Jest jednak w Europie kraj, który może pochwalić się sukcesami w polityce pronatalistycznej. To Francja. Według opublikowanego w styczniu tego roku bilansu demograficznego za 2005 r. współczynnik płodności kobiet wyniósł tam 1,94 (w porównaniu z 1,68 w 1994 r.) i przewiduje się, że nadal będzie rosnąć. To drugi wynik w Europie po Irlandii, zostawiający daleko w tyle Hiszpanię (1,29) czy Polskę (1,22).

Dzięki temu Francja w najmniejszym stopniu ze wszystkich krajów starej Unii zawdzięcza wzrost liczby ludności imigracji. W zeszłym roku nowi przybysze stanowili zaledwie jedną czwartą tego wzrostu, podczas gdy w całej UE - cztery piąte. W dodatku - wbrew temu, co głoszą obiegowe opinie - nie jest prawdą, że najwięcej dzieci rodzi się w rodzinach imigrantów z krajów Trzeciego Świata. Choć według danych z 1999 r. najwięcej dzieci mają Afrykanki (na jedną przypada 4,07 dziecka), to wszystkie cudzoziemki podwyższyły francuski współczynnik dzietności raptem o 0,07.

Warto też dodać, że Francuzki rodzą dzieci pomimo, że aborcja została zalegalizowana w tym kraju przed 30 laty, a trzy czwarte kobiet używa środków antykoncepcyjnych.

Swój sukces Francja zawdzięcza po pierwsze temu, że polityka prorodzinna i pronatalistyczna jest przedmiotem debaty publicznej - i to już od końca XIX w. Co roku rząd organizuje konferencje, które są forum wymiany poglądów między organizacjami działającymi na rzecz rodziny oraz instytucjami państwa.

Po drugie, francuskie władze naprawdę nie żałują grosza. Na świadczenia rodzinne przeznaczają 2,6 proc. PKB (dane z 2003 r.). To plasuje Francję w europejskiej czołówce, choć palmę pierwszeństwa dzierżą kraje skandynawskie. Dla porównania: Polska w tym samym roku przeznaczała na rodzinę raptem 1 proc. PKB - tyle co Włochy.

Po trzecie, pieniądze wydawane są w taki sposób, żeby ułatwić rodzicom pogodzenie wychowywania i kształcenia dzieci z karierą zawodową. Ustawodawcy wyszli z założenia, że nie zatrzymają kobiety w domu, jeśli ta raz zaznała smaku kariery. A dziś pracuje 80 proc. francuskich kobiet. Preferencje finansowe mają także zachęcić Francuzów do tego, by mieli więcej niż dwoje dzieci.

Na te zachęty składają się nie tylko becikowe (dla mniej zamożnych) i dodatki na dzieci, ale także dopłaty do opiekunek i zniżki na żłobek czy przedszkole. Im mniej się zarabia, tym dodatki są większe, a najbiedniejsze rodziny w ogóle są zwolnione z opłat. Dzięki temu jedna czwarta dzieci uczęszcza do żłobków, a 95 proc. do przedszkoli. Władze i wychowawcy podkreślają zresztą rolę przedszkola jako miejsca, gdzie dzieci integrują się z rówieśnikami.

Do tego dochodzi nie tylko co najmniej dziesięciotygodniowy urlop macierzyński, ale też płatny urlop wychowawczy - od 350 do 520 euro miesięcznie. Urlop trwa sześć miesięcy w przypadku pierwszego dziecka i do trzeciego roku życia następnego dziecka. To kolejny sposób na promowanie większej liczby dzieci w rodzinie i na zmniejszenie przerw między ich narodzinami. Płatny urlop wychowawczy można dostać pod warunkiem, że przedtem pracowało się co najmniej dwa-cztery lata (w zależności od liczby dzieci), dzięki czemu wspierani są rodzice pracujący. Francja ma też korzystny dla “dzieciatych” system podatkowy - na każde dziecko przysługuje ulga.

I wreszcie czwartym źródłem francuskiego sukcesu jest polityka zachęcania do posiadania dzieci także tych, którzy są razem, ale nie chcą zawrzeć małżeństwa. Pod koniec lat 90. zrezygnowano ze stawiania znaku równości pomiędzy rodziną i małżeństwem - według francuskiego prawa rodzina to kobieta i mężczyzna żyjący pod jednym dachem oraz ich potomstwo, niezależnie od tego, czy wiąże ich węzeł małżeński, PACS (partnerstwo cywilne) czy konkubinat. Takimi samymi prawami cieszą się również rodziny niepełne.

Wszyscy badacze zgadzają się, że w małżeństwie rodzi się więcej dzieci i jest ono trwalsze niż inne formy związków, a przez to pozostaje najlepszym rozwiązaniem, jeśli chodzi o wychowanie dzieci. Ale we Francji schyłek tej instytucji nie zwiastuje schyłku rodziny. W zeszłym roku aż 48,3 proc. dzieci urodziło się poza małżeństwem. W przypadku pierwszego dziecka było to aż 59 proc.!

Francuska polityka jest skuteczna dzięki jednoczesnym działaniom na wielu polach. Ale być może najbardziej do jej sukcesu przyczyniło się to, że sami Francuzi mają głębokie, utwierdzone latami państwowej propagandy przekonanie, że rodzina - choć niekoniecznie ta tradycyjna - jest ważna. Takiego przekonania pozbawieni są np. Niemcy - według badania Fundacji Boscha z 2005 r. aż 15,4 proc. niemieckich kobiet i 22,5 proc. mężczyzn nie chce mieć dzieci! Z międzynarodowych badań wynika zresztą, że to właśnie mężczyźni, częściej nawet niż kobiety, są “hamulcowymi” - to oni nie chcą dziecka. Nie można więc odpowiedzialnością za niską dzietność obciążać tylko kobiet oraz rzekomo negatywnych skutków ich emancypacji.

 

Na dzieci prostej recepty nie ma

 

Jest jeszcze jedno “ale”. Wszystkie sukcesy Francji nie pozwoliły jej przekroczyć magicznego współczynnika 2,05, który zapewniłby zastępowalność pokoleń bez potrzeby przyjmowania imigrantów. I to pomimo wysiłków trwających już od trzech dziesięcioleci, kiedy to współczynnik spadł poniżej tego poziomu.

Demografowie twierdzą, że mechanizmy, które ma do dyspozycji państwo, w niewielkim stopniu wpływają na to, czy rodzi się więcej dzieci. Według badania przeprowadzonego w 22 krajach uprzemysłowionych zwiększenie o jedną czwartą pomocy finansowej dla rodzin powoduje podwyższenie współczynnika dzietności zaledwie o 0,02. Jeśli założyć, że ten prosty arytmetyczny model pozwala obliczyć, ile pieniędzy trzeba by wydać, żeby zachęcić statystyczną polską rodzinę do spłodzenia co najmniej dwójki dzieci, to wyjdzie nam suma zaiste astronomiczna.

W dodatku, jak pokazuje przykład szwedzki, nie ma gwarancji, że aktywna polityka prorodzinna w ogóle przyniesie sukces. Jak piszą autorzy przygotowanego w 2004 r. na zlecenie Komisji Europejskiej raportu “Rand Europe” o przyczynach spadku liczby dzieci w Europie: “Nie ma jednego modelu polityki, który może być zalecany. Na skuteczność takiej polityki wpływa kontekst polityczny, społeczny i gospodarczy, a jej skutki są odczuwalne w długim okresie”.

W przypadku Polski spadek liczby narodzin można powiązać przede wszystkim z przemianami społeczno-gospodarczymi po 1989 r. - ze wzrostem zagrożenia socjalnego (tym większym, że czasy PRL przyzwyczaiły nas do relatywnej pewności socjalnej), z wysokim bezrobociem wśród młodych, kłopotami mieszkaniowymi, zachłyśnięciem się konsumpcją. W tej sytuacji polityka prorodzinna nie powinna się ograniczać tylko do reformy systemu socjalnego. Równie ważne, a może najważniejsze jest dążenie do szybkiego rozwoju gospodarki. I tu powstaje błędne koło, bo zwiększone wydatki budżetu to oczywiście obciążenie dla tego rozwoju.

A prawdę mówiąc, czy tak biedne państwo jak Polska ma w ogóle możliwość prowadzenia skutecznej polityki prorodzinnej? Wygląda na to, że nie. W puchnącym od wydatków budżecie nie znalazło się na razie nawet miejsce na ulgi podatkowe na dzieci - jeden z niewielu mechanizmów, który zdaniem badaczy rzeczywiście powoduje, że rodzi się ich więcej.

Nie znaczy to oczywiście, że można zrezygnować z polityki pronatalistycznej. Tym bardziej że wciąż mamy potencjał. Według badania Fundacji Boscha Polki chcą mieć duże rodziny, nawet bardzo duże jak na warunki europejskie - 49,8 proc. pragnie dwojga dzieci, a 33,6 proc. trojga lub więcej.

Politycy nie mają dziś prostego sposobu, by ułatwić im spełnienie tego marzenia. Mają za to wszelkie możliwości, żeby w tym przeszkodzić, hamując rozwój gospodarczy albo nie tworząc warunków do pogodzenia pracy z wychowywaniem dzieci w imię obrony “tradycyjnego modelu rodziny”.

 

Miłada Jędrysik

 
Jesteś tutaj: Strona główna Warto wiedzieć Becik, dzieci - i co dalej?