Jacek Gallant oficjalna strona

Borowiki

Grają w tenisa z prezydentem, towarzyszą w podróżach premierowi i nierzadko pokazują się w towarzystwie koronowanych głów z całego świata. Zawsze dyskretni i w dobrych garniturach

 

 

Trudno dowiedzieć się czegokolwiek o szczegółach pracy funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu, bo niemal wszystko objęte jest klauzulą tajności.

Siedziba Biura Ochrony Rządu mieści się przy ul. Podchorążych w Warszawie i sąsiaduje z Łazienkami Królewskimi. Formacją kieruje gen. bryg. Grzegorz Mozgawa, który nieprzerwanie pozostaje w służbie od 20 lat, a pracę zaczynał od najniższych szlifów. Po kilku godzinach spędzonych w „mateczniku”, czyli w siedzibie BOR, jedno jest pewne. Służba w tej formacji to prestiż, ale i mordercza praca. Nie każdy jest w stanie sprostać wymaganiom.

 

Grunt to kamuflaż

 

Przed budynkiem szefostwa BOR uwijają się przystojniacy w ciemnych garniturach. To typowe wyobrażenie o BOR-owiku: wysoki, dobrze zbudowany, około trzydziestki. Koniecznie w ciemnych okularach, ze słuchawką w uchu i nieodłączną gumą do żucia. Nic bardziej mylnego. Wśród funkcjonariuszy z powodzeniem można znaleźć dynamiczne młode kobiety i mężczyzn około pięćdziesiątki z fizjonomią określoną w jednej z polskich komedii niezapomnianym: „z twarzy podobny zupełnie do nikogo”. Kiedy do Polski przyjechał prezydent Bush, przydzielono do jego ochrony funkcjonariusza o charakterystycznej urodzie. BOR-owik „uzbrojony” w ciemne okulary w niczym nie różnił się od członków amerykańskiej delegacji.

Niedawno do jednego z łódzkich kin przyszedł premier Marek Belka. Jego obecność wzbudziła zainteresowanie kinomanów, którzy szeptali: „Sam przyszedł, fajnie, że nie ciągnie na każdym kroku ochrony”. Okazuje się jednak, że pozory mylą. - Dobry funkcjonariusz nie musi rozpędzać na boki innych widzów w kinie, nie musi też zwracać uwagi atletyczną sylwetką i kaburą pistoletu wypychającą marynarkę. Może w kinie premiera chronił niepozorny facet w płaszczu i drugi w towarzystwie dziewczyny z paczką popcornu? - mówi nasz rozmówca, jeden z oficerów BOR (ma maniery dżentelmena, ale się nie przedstawia -takie zasady).

 

Automaty bez szans

 

Nie jest łatwo wstąpić do BOR, a jeszcze trudniej się tam utrzymać. Roczny program szkolenia to kilkaset godzin ostrego treningu. Potem systematycznie powtarzane sprawdziany sprawnościowe, m.in. z biegów, strzelania, podciągania się na drążku. Na bieżąco obowiązuje przyswajanie sobie nowych przepisów, wskazana jest też nauka języka obcego.

- Służba w naszej formacji to ustawiczne samodoskonalenie się - mówi rzecznik prasowy BOR por. Jolanta Łazowska. Zanim funkcjonariusze zaczną nad sobą pracować, muszą przejść szczegółowe badania lekarskie i wieloetapowe psychologiczne. - Specjaliści muszą określić predyspozycje fizyczne i psychiczne kandydata do służby. Przecież w przyszłości mają oni odpowiadać za bezpieczeństwo i życie najważniejszych osób w państwie. Kandydat musi być nie tylko sprawny fizycznie, ale mieć też intuicję. Tak zwane automaty nie przejdą weryfikacji - mówi por. Łazowska.

Wydarzenia z 11 września 2001 r. w Nowym Jorku zaostrzyły wymogi stawiane przed kandydatami do ochrony najważniejszych osób w RP. Podczas szkolenia szczególną uwagę zwraca się na specjalizację pirotechniczną.

Kadra doskonaląca funkcjonariuszy BOR jest starannie dobierana. Jednym z trenerów dbających o kondycję fizyczną kandydatów do służby i zaprzysiężonych już BOR-owików jest Jerzy Rybicki - wybitny pięściarz, złoty medalista olimpijski z Montrealu, medalista mistrzostw świata i Europy (oczywiście sam też należy do struktur, ma stopień podpułkownika BOR).

 

Co wolno BOR-owikowi?

 

Funkcjonariusze BOR mogą legitymować i zatrzymywać podejrzane osoby. Mogą dokonywać kontroli osobistej, przeszukiwać bagaż, sprawdzać ładunki w portach, na dworcach i w środkach transportu. O pomoc i współpracę mogą zwracać się do każdej instytucji w Polsce. Mogą stosować środki przymusu bezpośredniego. Ochraniają ważne ze względu na interes państwa obiekty, m.in. budynki Sejmu i Senatu. Chronią też placówki dyplomatyczne poza granicami RP W tym roku musieli interweniować, gdy polska ambasada w Bagdadzie została ostrzelana z broni maszynowej i granatników. Nikt nie zginął ani nie został ranny.

 

BOR-owiki w spódnicy

 

Mimo surowych kryteriów, jest coraz więcej chętnych do pracy w BOR. Pojawia się więcej kobiet (jest już ich kilkadziesiąt). Są ładne, o wysportowanych sylwetkach. Nie dostają forów na wspólnych treningach z kolegami. -Są niezłe, zdarza się, że obrywamy od nich na treningach - mówi oficer BOR.

Nie ma w tym nic dziwnego - jedna jest absolwentką AWF i zapaśniczką, druga zdobyła w Paryżu mistrzostwo świata w kick-boxingu. Podczas służby nie eksponują swoich kobiecych atrybutów. Nie mogą pozwolić sobie na ostry makijaż, 10-centymetrowe szpilki i modne ołówkowe spódnice. W każdej chwili muszą być gotowe do działania: biegu, strzelania i chwytów obezwładniających. Kilka innych kobiet, m.in. funkcjonariuszka ranna w katastrofie rządowego śmigłowca, pracuje w charakterze stewardes.

Kobiety są cenione w BOR. Mają świetną intuicję, podczas ćwiczeń potrafią szybciej niż koledzy zauważyć podejrzany ruch pozoranta występującego w roli napastnika. Są też nieocenione, gdy VIP prosi o damską ochronę. - Wiadomo, że jest to mniej krępujące dla dyplomatki lub małżonki głowy jakiegoś państwa, gdy trzeba z kobietą wejść do przymierzalni w sklepie czy sprawdzić hotelową sypialnię i łazienkę. A w przypadku ochrony kobiet przybywających z krajów muzułmańskich nasze funkcjonariuszki są na wagę złota - mówi por. Łazowska.

 

Tysiąc BOR-owików

 

Biuro Ochrony Rządu podlega MSWiA. Dzieli się na trzy piony: działań ochronnych, szkolenia i logistyczny. Wśród funkcjonariuszy BOR są psychologowie, lekarze, pirotechnicy, płetwonurkowie, wyspecjalizowani technicy. Szczegółowa struktura organizacyjna to tajemnica, ale nieoficjalnie mówi się, że formacja liczy około tysiąca osób. Większość (ok. 80 proc.) zatrudnionych w BOR to funkcjonariusze, reszta to pracownicy cywilni. Aby dostać się do BOR, trzeba mieć co najmniej średnie wykształcenie, polskie obywatelstwo, nieposzlakowaną opinię i ukończone 18 lat. W żadnym razie nie można być karanym za przestępstwa. Preferowana jest znajomość języków obcych, ukończenie kursów przydatnych w służbie i wiek do 35 lat. Kandydaci muszą też przejść testy psychologiczne i sprawnościowe. Funkcjonariusze BOR chronią urzędujących wicepremierów, premiera, marszałków Sejmu i Senatu, ministrów MSWiA i Spraw Zagranicznych, zagraniczne delegacje przebywające w Polsce, polskie placówki dyplomatyczne poza granicami RP oraz dożywotnio prezydenta

 

Na lądzie, w wodzie i… koniu

 

Funkcjonariusze muszą na bieżąco weryfikować swoją wiedzę. Każdy wyjazd jak i wizyta zagranicznych gości wiążą się ze starannymi przygotowaniami. Najwyższy priorytet mają wizyty papieża, są to tzw. diamentowe operacje. Ile trwają, to tajemnica.

Mimo mozolnych przygotowań do zagranicznych wizyt, BOR-owiki są zaskakiwani. - Towarzyszyłem jednemu z zagranicznych premierów. Przed podpisaniem ważnego kontraktu miał spotkać się z dziennikarzami w hotelu. Czas był zaplanowany co do minuty. Jechaliśmy windą, na pierwsze piętro, gdzie miała być konferencja, a tu nagle zabrakło prądu. Winda stanęła, zgasło światło. Ochrona na dole zdenerwowana, bo gdzieś utknęliśmy, gość się niepokoi, że nie zdąży na spotkanie, słowem - kompletna klapa. Jestem góralem i jestem uparty. Gołymi rękoma rozchyliłem drzwi windy. Przez szczelinę udało się wydostać nam i VIP-owi. Potem powiedział, że przydałby mu się ktoś tak silny w jego własnej ochronie - wspomina jeden z funkcjonariuszy BOR.

-Sprawdzamy wszystko, od pogody panującej w kraju, do którego jedziemy, po niezbędne szczepionki - potwierdza oficer BOR. - Jeśli przyjeżdża gość, wiemy o nim wszystko: czego nie je, jaki sport uprawia. Dzięki temu byliśmy przygotowani na wizytę mężczyzny, który prywatnie uprawiał maratony. Na szczęście nie przebiegał codziennie 42 km. Gdy przyjechał VIP lubiący pływać, byliśmy obok. Chroniliśmy też gościa, który lubił się wspinać. Towarzyszyliśmy mu podczas wyprawy w góry - mówi oficer BOR. Proszony o podanie szczegółów, uprzejmie, ale stanowczo odmawia. Pytany o ochronę jednego z byłych premierów RP (Jana Krzysztofa Bieleckiego - przyp. red.), którego ulubionym relaksem była jazda konna, dodaje:

- W pogoni za lisem byliśmy obecni gdzieś w tylnych szeregach. Proszę mi wierzyć. A że nie było nas widać, no cóż, ochrona nie może być ważniejsza od VIP-a - mówi nasz rozmówca.

 

Wycisk od prezydenta

 

Służba w BOR wymaga nie tylko olimpijskiej kondycji i inteligencji, ale przede wszystkim anielskiej cierpliwości. BOR-owik nie ma prawa okazać zniecierpliwienia swojemu podopiecznemu, ma też obowiązek dopasowania się do jego pracy i przyzwyczajeń. Nie sposób dowiedzieć się, jakie preferencje względem ochrony mają VIP–y.

Wiadomo jednak, że były prezydent RP nie oszczędza „swoich” BOR-owików: towarzyszą mu zarówno w oficjalnych wizytach, jak i podczas wypraw na ryby i wycieczek rowerowych. Nie jest tajemnicą, że prezydent Kwaśniewski ma ekipę potężnie zbudowanych funkcjonariuszy, których - jak sam opowiada - w wolnych chwilach zaprasza do gry w tenisa. I - jak się przechwala - daje im niezły wycisk. Dla odmiany byłemu premierowi Leszkowi Millerowi towarzyszył zespół BOR-owików o wzroście nie przekraczającym średniej krajowej (do dziś dyskretnie towarzyszy mu jeden z funkcjonariuszy).

 

Szczyt odwagi

 

W pracy funkcjonariuszy BOR nie brakuje też zabawnych momentów. Podczas tegorocznego szczytu gospodarczego w Warszawie pilnowali tzw. strefy zero. Mogły do niej wjeżdżać wyłącznie uprzywilejowane auta, m.in. karetki należące do MSWiA. Już pierwszego dnia pogotowie wezwano do mężczyzny leżącego na ulicy. Było podejrzenie, że to zwykły pijaczek. W drodze wyjątku pomocy udzieliła mu zwykła, cywilna karetka. Zanim sanitariusze pochylili się nad mężczyzną (faktycznie kompletnie pijanym), do leżącego dopadli BOR-owcy. Pytali, jak się dostał do strefy zero i co w niej robi. Facet rozbrajająco się uśmiechnął i z mozołem wyartykułował: „A wszzzszedłem i se tu leżęęę”.

 

ANNA ROKICIŃSKA KATARZYNA BOROWSKA

“Gazeta Poznańska” nr 301 2004

 
Jesteś tutaj: Strona główna Warto wiedzieć Borowiki